Nie poznaję siebie!

Ostatnio oglądałam "Uciekającą pannę młodą". I stwierdziłam, że często byłam właśnie jak Maggie - jak facet się już zauroczył na maksa i jadł mi z ręki, myślał o czymś więcej... to wtedy ja brałam nogi za pas i uciekałam. Jedyna różnica była taka, że nie miałam na sobie jeszcze ani jednej sukni ślubnej.

Teraz do uciekania wcale mi się nie spieszy. I nawet całkiem nieźle przeżyłam wiadomość, że w następny weekend 'może zrobimy małą niespodziankę mamie M., która ma wtedy imieniny i pojedziemy do Zabrza RAZEM".

Ale to jeszcze nic.

Nigdy nie ciągnęło mnie do gotowania. Nigdy przenigdy. W kuchni zazwyczaj robiłam kanapki, wstawiałam wodę na herbatę/kawę albo gotowałam kisiel/budyń (choć nie pamiętam kiedy ostatnio). AAA i jeszcze robiłam frappe i koktajl bananowy.
Ostatnio jednak współpiekłam (znaczy uczestniczylam w pieczeniu :P) placków z jabłkami, sztuk 2028. Wtedy stwierdziłam, że koniec z przebywaniem w kuchni przez kolejne pięć lat.

Ale.

W zeszłym tygodniu zapragnęłam być przykładną dziewczyną.
I chociaż raz na rok coś ugotować / upiec.
Znaczy: postanowiłam nauczyć się gotować coś więcej niż tylko tę wodę na herbatę i piec coś więcej niż placki z jabłkami.

A że swoją pomoc zaofiarował sam Poważny, to od paru dni doczekać się nie mogę aż coś mi w końcu wyjdzie.
Chociaż na razie wcale nie jest powiedziane że wyjdzie - najpierw muszę się zaopatrzyć w pierś kurczaka (pytam: po co mi trzeba pierś jak mam już dwie, i to do tego całkiem fajne??) i inne kosmiczne składniki.
A potem muszę wyjeść wszystko z lodówki M. bo póki co stwierdził że ma tyle jedzenia że moje gotowanie można przełożyć. (pewnie się obawia że będzie chodził głodny jak mi nie wyjdzie :P)

W każdym razie - trzymajcie kciuki ;)

Hej Mamba!


Wszyscy mają mambę... mam i ja!
A wcale nieprawda - bo dzisiaj wcale mamby nie mam. A mieć chciałabym bardzo! Zjadłam śniadanko w pracy (bułeczka z serkiem śmietankowym) i właśnie teraz marzy mi się taka mamba... truskawkowa albo malinowa - żadna inna!
I myśleć nie mogę ani o treści maila, którego muszę wysłać do gazety (a mail jest ważny, bo cytując moją wypowiedź napisali że pracuję w zupełnie innym Banku), ani o prezentacji którą muszę zacząć robić, ani o innych pilnych sprawach. Tylko ta Mamba w mojej głowie,  prawie czuję jej smak i to, jak rozpuszcza się w ustach...

Aaaaa! Głupia jestem i tyle Wam powiem! :)

Ananasowe party

Wczorajsze Ananas Party przeszło już do historii, ale pewnie na długo pozostanie w naszej pamięci. A przynajmniej do czasu kolejnej stylizowanej imprezy - która być może już całkiem niedługo! :)

Wystroiłam siebie i M. w ekstra ciuszki, przywiezione prosto z Hawajów przez moją teściową (takie tam stare dzieje z tą teściową, trzeba się cofnąć do sierpnia i urodzin taty, długaśnej kolejki do mojej ręki i w końcu zwycięstwa syna teściowej ;))

W każdym razie - hawajskie kwiaty, koszula z 'aloha hawaii', prawdziwa hawajska spódnica... wszystko to było. Pytam Go zalotnie:
- No i jak Ci sie podoba Twoja Hawajka?
A on, jak to facet, przygląda się swojej niedawno co założonej koszuli i mówi:
- Fajna. Muszę poszukać takiej na allegro.

No i wszystko jasne :P

A tak poza tym to:
- na imprezie zdecydowanie było więcej ludzi bardziej świrniętych niż to bywa zazwyczaj. Najwięcej na ten temat mogliby powiedzieć chyba sąsiedzi i panie ze sklepu obok ;) I wcale nie uważam że zaliczałam się do największych świrów :D
- farmville rządzi :D
- 3 x M na jednej imprezie to całkiem fajne rozwiązanie. I jaka to potem oszczędność - nie trzeba trzy razy opowiadać tej samej historii :)
- spanie w pokoju bez drzwi ma swoje plusy - nieproszeni goście są potem ciekawym tematem do rozmów :)
- ja chcę już kolejną taką imprezę!! :):)

Odbiła mi palma

Odbiła mi palma. I to wcale nie jedna, o nie, co najmniej sześć. Tyle palm bowiem dzisiaj namalowałam. Farbami. Na brystolu. Ja, która przygodę z farbami zakończyłam w gimnazjum.
A wszystko przez taką jedną wariatkę, co jakiś czas temu wpadła na pomysł imprezy urodzinowej w stylu hawajskim. A że ja jestem równie wielką wariatką, to temat podłapałam. Więcej nawet - napaliłam się na tę imprezę równie mocno jak organizatorka. No więc produkuję palmy, szykuję strój i już się nie mogę doczekać, aż wyjedziemy z Radomska.

A w ogóle to cały czas nie wierzę, że w sobotę na tej imprezie będą trzy najbliższe mi osoby. 3 x M :) ojj będzie się działo!!

Co poza tym ciekawego? Poza mną wszyscy zdrowi. Chyba. Piszę 'chyba', bo jak patrzę na mojego kota, to wcale nie jestem tego pewna. Emilka (a może Emil) zalicza wszelkie możliwe kable które mam w pokoju. Skacze, gryzie, rzuca się na nie, potem odskakuje, chowa się i znowu się pojawia. I jest już prawie dwa razy większa niż na początku - no ale wcale się nie dziwię, jak tyle je to nie ma innej opcji.
Moi rodzice na jej punkcie wprost oszaleli. Aż czasem czuję się, jakbym miała w domu małe dziecko. Nawet doszło już do tego, że ona dostaje prezenty, a ja tylko mogę sobie pomarzyć (o nowej szafeczce na przykład do pokoju).

A właśnie, mam nowy pokój. Nooo, prawie. Wystarczyło tylko, że kupiłam nowe zasłony (takie bordowo-fioletowe). I przestawiłam komodę na miejsce biurka a biurko na miejsce komody. I pozamieniałam rzeczy stojące na parapecie. I narzuciłam fioletową chustę na fotel. No i już mam nowy pokój. Teraz jeszcze tylko ta szafeczka od taty (żeby mi kot po drukarce nie chodził!), krzesło, lampka na biurko... i na rok mi starczy :)

No nic, biorę kota (bo już oszalał zupełnie) i idę szaleć. Bo energia mnie wprost rozpiera! :)

A oto i mój kot, już gotowy na hawajską imprezę:


Aloha

Niby taki zwyczajny wieczór. Lody z gorącym musem malinowym, szarlotka z lodami, czekolada na gorąco i cappucino, trochę za duży stół i ogromne fotele, z których i tak się nie korzysta bo trzeba siedzieć na samym koniuszku żeby się słyszeć.
Ludzie naokoło, muzyka gra, na telewizorze leci jakiś mecz przeplatany serialami.
Niby zwyczajnie... ale wracając do domu całą drogę śpiewałam na cały głos i uśmiechałam się sama do siebie. I szczerzę się cały czas - bo niby tak zwyczajnie.... a tak cudownie! :)

No i doczekać się nie mogę następnego weekendu i imprezy, która zapowiada się nie tylko w wyśmienitym towarzystwie (jakiego sobie nawet nie wymarzyłam - dlatego Marcinie, nie ma innej opcji, musisz tam być!), ale też w ciekawej stylizacji, do której się właśnie przygotowujemy (łącznie z zaplanowanymi wizytami w solarium, żeby nie było że jesteśmy na Hawajach i tacy bladzi :P)

No, to teraz już szczęśliwa i usmiechnięta mówię "Kolorowych snów" i Aloha!

Raz się żyje!

Długo się zastanawiałam nad wszystkimi 'za' i 'przeciw'. Ale w końcu stwierdziłam że raz się żyje! Trzeba korzystać z życia póki nie ma się dzieci, męża i reumatyzmu (chociaż z tym ostatnim to bywa różnie, na szczęście ostatnio po wizycie u masażysty mam spokój ;))).
W każdym razie: 17 lutego zdobywamy z Magdaleną Berlin! I szalejemy na koncercie Dave Matthews Band! :):)

A w ogóle to stwierdziłam ostatnio, że straszną przyjemność sprawia mi... robienie niespodzianek innym. Muszę to praktykować częściej! :)

Be happy


Normalnie budzi się we mnie instynkt macierzyński. Na razie w stosunku do kotka, ale kto wie co będzie dalej?
Ma na imię Emilka (albo Emil... w sumie nie wiem co to za płeć), jest taaaaaka malutka i w ciągu kilku minut zawładnęła sercami całej mojej rodziny! Zdążyła też podbić fejsbuka ;)
Teraz usnęła leżąc na mnie tak, że nie mogę ruszyć ręką - a wszystko z zazdrości! Bo nie mogła znieść tego, że zamiast się z nią bawić ja piszę na kompie. I nawet sama przez chwilę gadała na gg! Zdolna bestyja! :)

No. Więc mam kotka. Ale to nie jedyny powód do radości. Oglądałam dziś film "Jak stracić chłopaka w 10 dni". Nie sama. I wiecie co? Już dawno się tak cudownie nie czułam! :):):):) jak w filmie - tyle że lepiej, bo wcale nie muszę kombinować jak kogoś stracić. :)

Tym optymistycznym akcentem kończę. Przed snem muszę jeszcze zaprowadzić Emilkę do kuwety :)

(aaa właśnie się położyła tak, że głową zajmuje praktycznie cały touchpad i mogę poruszać tylko jego skrawkiem! Muszę coś z tym zrobić bo przecież wyrośnie mi z niej 'dziecko neo' :):))

Top 3 mijającego weekendu

Na miejscu 3: Radiowa przygoda
W sobotnie popołudnie zamiast siedzieć na zajęciach i grzecznie robić notatki, ja opowiadałam o Cyprze w Team Radiu. Podobno nie było źle, ja mam na to jednak swoją teorię - serwer nie mógł już wytrzymać moich słownych wypocin... i padł :) w każdym razie - ciekawa przygoda. Dostałam nawet propozycję poprowadzenia własnej audycji - ale nie mam na to czasu.

Na miejscu 2: Warszawa by car
Trochę zostałam w to wrobiona, a trochę sama chciałam spróbować. W każdym razie stało się - 'zaliczyłam' Warszawę autem. Stresowałam się strasznie, ale okazało się że nie taki diabeł straszny. Bez problemu dojechałam z centrum do Arkadii, z Arkadii do kuzynki, od kuzynki na uczelnię i z uczelni do Radomska (zahaczając po drodze o Plac Bankowy i Dworzec Centralny). Sytuację stresową miałam tylko jedną, ale to nie z mojej winy. Tylko tego gościa w żółtym aucie z Arkadii, co nie patrzy w lusterka.

Na miejscu 1: Buziak Słodziak!
W Słodziaku zakochałam się od pierwszego wejrzenia. I proszę - pojawił się u mnie za sprawą Poważnego i to zdecydowanie szybciej, niż nawet mogłam marzyć! Nawet nie wiecie jak się cieszę! :):)
A tu Słodziak i Stefan Manuel :)

Po byciu gwiazdą TV czas zostać gwiazdą radia :)

Mniej więcej dwa lata temu byłam 'gwiazdą' cypryjskiej TV. Zostałam nawet rozpoznana przez jednego z chłopaków z mojej uczelni :D
Teraz natomiast czas na bycie gwiazdą rozgłośni radiowej.
W sobotę o 16.45 zapraszam na audycję "Na tropach Homo Erasmus" w Team Radiu, w której będę wspominać mojego Erasmusa. Przygotowałam nawet kilka 'wspomnieniowych' piosenek ;)

A do Wawy jadę już dziś. Po południu będę uczestniczyć w Gali Biuletynów Firmowych, na której rozstrzygnięty zostanie konkurs na biuletyn. A wieczorem mam próbę mikrofonu przed sobotnią audycją ;) trzymajcie kciuki!

Punkt widzenia...

... zależy od punktu fotografowania.
Lubię te ujęcia. Jako fotografowie, a zarazem 'fotogwiazdy' ja, Lina i Huberto - moi cypryjscy współlokatorzy.
Jakby to było wczoraj... tylko fryzura mi się ciut zmieniła i aparat zepsuł ;)