Ostatnio oglądałam "Uciekającą pannę młodą". I stwierdziłam, że często byłam właśnie jak Maggie - jak facet się już zauroczył na maksa i jadł mi z ręki, myślał o czymś więcej... to wtedy ja brałam nogi za pas i uciekałam. Jedyna różnica była taka, że nie miałam na sobie jeszcze ani jednej sukni ślubnej.
Teraz do uciekania wcale mi się nie spieszy. I nawet całkiem nieźle przeżyłam wiadomość, że w następny weekend 'może zrobimy małą niespodziankę mamie M., która ma wtedy imieniny i pojedziemy do Zabrza RAZEM".
Ale to jeszcze nic.
Nigdy nie ciągnęło mnie do gotowania. Nigdy przenigdy. W kuchni zazwyczaj robiłam kanapki, wstawiałam wodę na herbatę/kawę albo gotowałam kisiel/budyń (choć nie pamiętam kiedy ostatnio). AAA i jeszcze robiłam frappe i koktajl bananowy.
Ostatnio jednak współpiekłam (znaczy uczestniczylam w pieczeniu :P) placków z jabłkami, sztuk 2028. Wtedy stwierdziłam, że koniec z przebywaniem w kuchni przez kolejne pięć lat.
Ale.
W zeszłym tygodniu zapragnęłam być przykładną dziewczyną.
I chociaż raz na rok coś ugotować / upiec.
Znaczy: postanowiłam nauczyć się gotować coś więcej niż tylko tę wodę na herbatę i piec coś więcej niż placki z jabłkami.
A że swoją pomoc zaofiarował sam Poważny, to od paru dni doczekać się nie mogę aż coś mi w końcu wyjdzie.
Chociaż na razie wcale nie jest powiedziane że wyjdzie - najpierw muszę się zaopatrzyć w pierś kurczaka (pytam: po co mi trzeba pierś jak mam już dwie, i to do tego całkiem fajne??) i inne kosmiczne składniki.
A potem muszę wyjeść wszystko z lodówki M. bo póki co stwierdził że ma tyle jedzenia że moje gotowanie można przełożyć. (pewnie się obawia że będzie chodził głodny jak mi nie wyjdzie :P)
W każdym razie - trzymajcie kciuki ;)






