PS. Pozdrawiam mojego stałego czytelnika Paszczaka który wczoraj zwrócił mi uwagę że nie zgadza się z tym, że nie flirtuję z facetami na GG. Jacku – w momencie pisania tamtej notki z nikim nie rozmawialam ;) a reszta niech pozostanie milczeniem! :)
wtorek, 29 stycznia 2008
Rozstania...
PS. Pozdrawiam mojego stałego czytelnika Paszczaka który wczoraj zwrócił mi uwagę że nie zgadza się z tym, że nie flirtuję z facetami na GG. Jacku – w momencie pisania tamtej notki z nikim nie rozmawialam ;) a reszta niech pozostanie milczeniem! :)
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Z kawiarenki :)
Wczoraj się przeprowadziłam. Spakowanie całego dobytku zajęło mi sporo czasu i dużo miejsca. W nowym mieszkanku, w którym przebywam obecnie z Magdą, mam jakieś problemy z internetem - niby wykrywa mi sieć bezprzewodową, ale zasięg jest za słaby - a ponieważ moje internetowe uzależnienie jest dość spore, wpadłam dzisiaj na pomysł połączenia przyjemnego (zakupy) z pożytecznym (internet). I oto jestem - siedzę sobie w klimatycznej kawiarence, popijam soczek i rozmyślam nad ostatnimi dniami spędzanymi na Cyprze.
Chyba zawsze jest tak, że początkowe i końcowe dni pobytu gdzieś są najbardziej aktywne. Swój pobyt na Cyprze zaczęłam od podróży i wygląda na to, że na podróżach również go zakończę. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia byłam na 3 wycieczkach, a w planach mam jeszcze co najmniej dwie. Do tego imprezy, imprezy, imprezy, spotkania ze znajomymi których ciągle przybywa, ostatnie zakupy i oczywiście praca (bo wszystkie przyjemności kosztują).
Im bliżej wyjazdu, tym bardziej czuję jak będzie mi brakować Cypru. Ten klimat, ludzie tutaj, te imprezy, wycieczki, te wszystkie dziwactwa - w Polsce tego nie ma. Na nowo będę musiała przyzwyczajać się do takich rzeczy jak ruch prawostronny, zamykanie drzwi na klucz (czy wy wiecie że przez 4 miesiące nie nosiłam przy sobie żadnych kluczy?), ubieranie się "na cebulkę". Najbardziej obawiam się pogody - tutaj z dnia na dzień jest coraz cieplej. Słońce świeci, roślinki kwitną - a u nas deszcz i śnieg na zmianę...
czwartek, 24 stycznia 2008
Wycieczka pracownicza :)

W każdym razie: wycieczka. W ciągu tych kilkunastu godzin razem odwiedziliśmy góry i morze – połączenie bardzo przyjemne, szkoda że niestety w Polsce niewykonalne… W górach (Troodos) przejechaliśmy trasą starych, XVI-sto wiecznych mostów łączących kiedyś szlak z Nikozji do Pafos. Po drodze odwiedziliśmy też piękny stary monastyr, całkowicie opuszczoną wioskę, farmę osiołków, spotkaliśmy dwa konie które chyba uciekły właścicielowi. Kilkanaście razy przejeżdżaliśmy jeepem przez rzekę (noo… rzeczkę :)), wspinaliśmy się strasznie stromymi i wąskimi dróżkami… a wszystko to wśród pięknych widoków i w przepięknej pogodzie! W niektórych miejscach czułam się, jakby była wiosna – piękna zieleń epatowała z każdego miejsca. Gdzie indziej, tam gdzie drzewa były wyższe i więcej cienia – czułam się jakbym kroczyła po polskim lesie jesienią (tylko drzewa jakieś takie trochę inne). W każdym razie – obydwa oblicza zachwyciły mnie bardzo! A co najpiękniejsze – mogłam się tym zachwycać chodząc w bluzce bez rękawów :)
Z gór zjechaliśmy wprost do uroczo położonego Paphos. Wybraliśmy się na promenadę, gdzie zjedliśmy obiadek. Siedzieliśmy na dworze, tuż przy morzu. Ptaszki skakały koło nas i czekały na jakieś okruszki jedzenia. A my jedliśmy – oczywiście – owoce morza. W pierwszym momencie miałam skusić się tylko na rybę… ale raz się żyje. Spróbowałam ośmiornicy i kalmara – no i cóż… fanką takich potraw się nie stałam, ale przynajmniej się „trochę” z tym oswoiłam – chociaż kiedy zobaczyłam kalmara po raz pierwszy, z głową i ogonem, to… no cóż, wyobraziłam sobie że jeszcze przed chwilą pływał sobie wesoło w morzu :)
Podsumowując: Cypr jak zwykle mnie zaskoczył i zachwycił. Więcej zdjęć już wkrótce w galerii (niestety mój aparat odmówił posłuszeństwa i muszę czekać na fotki od Kostasa).
środa, 23 stycznia 2008
Dejame Vivir!
Jej pozytywny nastrój przeniknął mnie całą -
czuję promieniujący wewnątrz strumień energii, uśmiecham się i śpiewam...
jeszcze godzinę temu byłam zmęczona, a teraz mogłabym siedzieć całą noc i słuchać tej melodii, tych słów...
teraz od razu wszystko wydaje się piękniejsze,
ładniejsze...
jak tylko wrócę do Polski to zabieram się za swój hiszpański -
planowałam to wcześniej ale teraz to już postanowione!!
Dejame Vivir... Libre como el aire...
wtorek, 22 stycznia 2008
Koniec :)
A teraz... teraz mam luzy. Chociaż w sumie większość tego tygodnia mam już zaplanowaną! Dzisiaj pakowałam część swojego dobytku, która pojedzie do Polski razem z Łukaszem. W sumie nie myślałam nigdy nad tym, ile rzeczy tu mam - teraz jednak widzę, że za dużo :/ Na łóżku leżą teraz 4 reklamówki wypełnione ciuchami i książkami, do tego jeszcze buty osobno. Następna ogromna ilość rzeczy jest w szafie (ciekawe czy ją spakuję do mojej walizki??), część rzeczy zamierzam wyrzucić. Ojj, będzie ciężko!
W planach na najbliższe dni mam: zabranie się na pracę licencjacką, dwie wycieczki, wieczór pożegnalny sporej ilości osób, przeprowadzkę (na ostatnie dni zachciało mi się zmiany mieszkania... ale zapowiada się ciekawie :)), pracę oczywiście (prezenty trzeba kupić a kasy brak...) no i pewnie jakieś imprezy... Trzeba się bawić, bo zostały mi już tylko 3 tygodnie. jak ten czas szybko minął...
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Ach ta dzisiejsza młodzież....
Kaśka skup się!!
To już ostatni egzamin w tej sesji!!
Wysil się trochę, to TYLKO 4 pytania!!
A potem 5 tygodni wolnego!
No skup się, nie rób obciachu!
Nie wymyślaj tysiąca powodów dla których nie możesz jeszcze zacząć się uczyć, nie zaczynaj rozmów ze znajomymi z którymi nie gadałaś przez długi czas, nie przeglądaj w necie tych wszystkich portali społecznościowych, nie spędzaj tyle czasu w kuchni, nie śpij tak długo!! Całą sobotę mogłabyś poświęcić na naukę a Ty co – wycieczek ci się zachciało! Phi! No ale nawet jeśli już pojechałaś na tą wycieczkę to chociaż po pracy mogłabyś wrócić od razu do domu i jak przystało na grzeczną studentkę wyspać się, żeby od rana móc się uczyć. Ale nie – dwa kluby a potem jeszcze wizyta u znajomych w domu, bo przecież już wtedy wiesz, że i tak się nie będziesz uczyć.
Ojj Kaśka, Kaśka…
(Kaśka nie słucha… leń ją ogarnął, w głowie myśli że przecież MUSI zaliczyć, że po jednym przeczytaniu coś tam w głowie zostaje, że może akurat to jedno głupie pytanie nie będzie obowiązkowe, że jakoś to zawsze będzie. Zero stresu, luz totalny – no pięknie!)
PS. Kaśka nie lubi jak się do niej mówi Kaśka ale w tym jednym przypadku się na to zgadza bo mimo wszystko zdaje sobie sprawę że jest leniem śmierdzącym i zasługuje na lanie.
czwartek, 17 stycznia 2008
Konkursowo :)
Ten etap konkursu trwa do 29.01, możecie oddać jeden głos na każdy blog biorący udział w konkursie. A więc do dzieła :)
Więcej informacji TUTAJ!
Ps. A mój leń się powiększa, chociaż nie myślałam że to możliwe. Pocieszam się, że na szczęście przede mną jeszcze TYLKO 2 egzaminy, a potem 5 tygodni "wakacji". I chyba to wprawiło mnie w tak wyśmienity humor dzisiaj - od momentu przebudzenia uśmiechałam się jak głupia. Chodziłam podskakując, tańczyłam, śpiewałam sobie pod nosem - no normalnie wariatka :):) Ciekawe czy jutro przed egzaminem też się będę tak zachowywać :):)
wtorek, 15 stycznia 2008
:*
Nie zapomnę nigdy tegorocznego Opalu - dlatego, że mnie na nim nie było. Wszyscy szaleli pod sceną, czekając na wyniki, a ja byłam tak daleko... i jedyne co mogłam zrobić to czekać na wieści. Na szczęście przyjaciele nie zawiedli - informacje szły z pierwszej ręki, a ja tylko zestresowana czekałam na dalsze info. Mimo dzielącej nas odległości czułam ten sam stres, co Wy. A kiedy dostałam smsa o głównej nagrodzie (która powędrowała w nasze - a więc także i moje - ręce) miałam w oczach łzy - zarówno szczęścia, że nas docenili, jak i smutku - że nie mogę tego przeżywać razem z Wami.
A wracam już 13 lutego - cóż za piękna data ;)
Dziękuję wam za to, że ciągle jesteście! Do zobaczenia (mam nadzieję) na zimowiskach!
Ps. Wilgi, skoro czytacie - to może skomentujecie;> :)
poniedziałek, 14 stycznia 2008
3, 2, 1: Sesja :)
Powinnam siedzieć w książkach co najmniej od piątku bez przerwy. Tymczasem piątek zleciał mi na totalnym obijaniu. W sobotę na naukę poświęciłam może 1,5 godz. Wczoraj obudziłam sie o 15 (!!!!!!!) chociaż budzik nastawiony miałam na 11.00. I chociaż czas na naukę skrócił mi sie niemiłosiernie to i tak większość czasu miałam "przerwę" - a to na jedzenie, a to na dzikowisko, a to na nic-nie-robienie. Za to postanowiłam się położyć spać wcześniej, pierwszy raz od ponad 3 tygodni tuż po północy. Ale co z tego skoro przez 1,5 godziny przewracałam się z boku na bok myśląc o wszystkim tylko nie o czekającym mnie rano egzaminie?
Na szczęście pierwszy egzamin z Business communication poszedł mi całkiem nieźle - w sumie to chyba był najłatwiejszy z wszystkich które tu mam. Wróciwszy do domu miałam plan od razu usiąść do nauki... ale jak tu się uczyć jak za oknem ok 20 stopni i piękne bezchmurne niebo? Postanowiłam to oczywiście wykorzystać i spędziłam ze dwie godzinki z komputerem na tarasie, rozmyślając o mojej przyszłości. A potem... potem to rozmawiałam na gg i skypie ze starym znajomym, jadłam budyń, a w przerwach robiłam notatki na jutrzejszy egzamin.
Ale wiecie co? Nie zdawałam sobie z tego wcześniej sprawy, ale teraz to zauważyłam: mój angielski naprawdę się poprawił. Kiedy przygotowywałam się do midtermów i czytałam różne cudaczne artykuły czy fragmenty książek, dużej ilości bardziej "specjalistycznych" słówek po prostu nie rozumiałam. A teraz.. może nie jestem geniuszem, ale jest mi duuużo łatwiej! Co nie zmienia faktu, że żeby zaliczyć jutrzejszy egzamin muszę poświęcić jeszcze sporo czasu na dojście do władzy Nassera w Egipcie czy irańskie dążenia do posiadania broni atomowej. Wypadałoby jeszcze powtórzyć konflikt israelsko - palestyński, rewolucję w Iranie i inne takie ale chyba już nie dam rady - mój leń mnie przewyższa ;)
No nic, trzymajcie kciuki czy co tam macie pod ręką. A ja idę spać - dobrze że egzamin na 16.00 to będę miała jutro prawie cały dzień na naukę. No chyba że znowu wstanę o 15.00 :P
sobota, 12 stycznia 2008
Fenomen greckiej muzyki
W każdym razie ja ostatnio odkryłam kilka naprawdę fajnych greckich kawałków. Prezentuję dwa: Einai Entaksei Mazi Mou, który usłyszałam po raz pierwszy w moim barze (nie wiem jak to możliwe, ale na początku nie grali u mnie greckiej muzyki w ogóle, teraz - co trochę słychać jakieś greckie przeboje)
Xeria Psila
Oprócz tych bardziej "współczesnych" przebojów popularne są też bardziej tradycyjne rytmy, przy których można tańczyć Zorbę - tutaj Apopse Siopili Alpha. Żałuję, że nie mogłam chodzić na naukę tańca greckiego - niestety w tym samym czasie miałam zajęcia :(
Osobiście w greckiej muzyce widzę jednego minusa - to że jej nie rozumiem ;) bo ja tak mam, że jak jakaś piosenka mi się podoba, to sobie ją lubię śpiewać - oczywiście w miarę moich wokalnych umiejętności. Ale jak tu śpiewać, kiedy znaleziony tekst jest napisany w greckim alfabecie... Tak, wiem, mogę go sobie przepisać, przy okazji ćwicząc znajomość tych wszystkich literek. Ale póki co nie mam na to czasu - może pod koniec przyszłego tygodnia ;)
czwartek, 10 stycznia 2008
Studiowanie po cypryjsku - część II ale pewnie nie ostatnia ;)
- Business communication: coś całkowicie niezwiązane z moim kierunkiem studiów, ale na pewno mi się przyda. Po 1: "liznęłam" trochę Business English, po 2: nauczyłam się pisać różne firmowe pisma.
- European Business Environment: do tej pory nie wiem o czym to było. To wina prowadzącego, który był nudniejszy nawet od M. Wiktorowskiego. Jego ton głosu potrafił uśpić mnie po 10 minutach, a miałam z nim 3 godziny zajęć pod rząd!!
- International organisations: jak mówi temat zajęć, powinnam uczyć się o organizacjach międzynarodowych. Ale ponieważ to są zajęcia z Faridem, to tak prosto być nie mogło. Cały semestr słuchaliśmy o ONZ, ale tak naprawdę to wiele się nie dowiedziałam - trudno to zrobić, jeśli wykładowca jest typem filozofa...
- European Union - Middle East Relations: już na pierwszych zajęciach Farid powiedział nam, że ponieważ UE nie ma polityki zagranicznej, nie może być mowy o stosunkach UE - Middle East... dlatego też zajęcia będą tylko o Middle East. No i wyobraźcie sobie 3 Polski i jedną Finkę słuchającą o konfliktach na Środkowym Wschodzie, o których nigdy wcześniej nie miały pojęcia... a wykładowca im tego nie ułatwia, przeskakując z tematu na temat i z przeszłości na teraźniejszość... (aha - byłam na spotkaniu z Cypryjską Minister ds. zagranicznych i wiecie o czym mówiła? Właśnie o stosunkach UE z Middle East :P)
- European Social Policies: zajęcia w czwartkowe wieczory z młodziutką panią doktor. Pierwsze 30 minut zajęć to rozmowy Christiny ze studentami. Po grecku, bo 90% ludzi z tych zajęć to właśnie Cypryjczycy. Następnie właściwe zajęcia - prezentacje studentów, rozdanie notatek z zajęć, omówienie. I przerwa. Wszyscy idą razem do Cafeterii, razem z Christiną. Tam mija nam 30 - 40 min, na piciu kawy, rozmowach, grach w karty. Wracamy na zajęcia, ale czekamy na spóźnialskich. Po przerwie - dyskusja, w której udział biorą zazwyczaj dwie osoby siedzące po przeciwległych końcach sali. Ja siedzę pośrodku i tylko ruszam głową w prawo i w lewo. Czasem chciałabym coś powiedzieć ale chłopcy dyskutują tak żywo, że nie dają nikomu dojść do głosu (a wiedzieć musicie, że Cypryjczycy jak już rozmawiają, to bardzo głośno, używając całego ciała). W każdym razie te zajęcia mile wspominam - zobaczymy jak będzie po egzaminie ;)
Kolejną rzeczą są terminy. Do napisania miałam 4 eseje. Pierwszy oddałam w terminie, ale tylko z grupką kilku osób. Termin drugiego był na ostatnich zajęciach przed świętami. Ale wtedy nie oddał go nikt chyba, wszyscy zrobili to dzisiaj, więc i ja. Termin trzeciego eseju był na poniedziałek 7 stycznia z ostatecznym terminem na 14, przedłużonym ostatnio do 21 (z czego ja skorzystam :P). Czwarty esej.... był jakoś na początek grudnia, ale przez wypadek wykładowcy (który na naszych zajęciach spadł z ławki i złamał sobie żebra!!!) a potem jego roztargnienie a nasze przekręty - został skasowany. Ojj, a ja się na początku tak stresowałam tymi esejami ;)
Teraz przede mną egzaminy. Terminy są ustalane odgórnie, więc wygląda to w moim przypadku wprost niesamowicie: poniedziałek, wtorek, środa, piątek i poniedziałek - i jestem wolna. 4 z 5 egzaminów wiążą się z napisaniem 2 - 3 krótkich esejów w trakcie 2 godzin. Żadne tam odpowiedzi w punktach - ma być wstęp, rozwinięcie i wnioski. Jeszcze nie wiem jak to przetrwam, tym bardziej że Cypr mnie strasznie, ale to strasznie rozleniwił. Ale chyba będzie dobrze - przecież jestem tutaj na Erasmusie, Erasmusi nie mogą mieć ciężko ;) Poza tym... blond włosy przynajmniej na jednego wykładowcę działają pozytywnie - a że mam z nim 2 zajęcia to nie jest tak źle ;)
W każdym razie: wchłonęłam te wszystkie różnice, zaakceptowałam je i chyba nawet się przyzwyczaiłam ;) Rzeczy, które w Polsce doprowadziłyby mnie raczej do szału, tutaj przyjęłam z uśmiechem. Bo to Cypr przecież! :)
poniedziałek, 7 stycznia 2008
Załoga na pokładzie
Dzisiaj czas na przedstawienie załogi New Division. Proszę Państwa, oto oni:
Niby luzak. Ale tylko z pozoru. Strasznie nie lubi, jak mu się wchodzi za bar. I generalnie staram się o tym pamiętać. Ale kiedy ja czekam 10 min na moje drinki bo on z kimś rozmawia… to mnie czasem szlag trafia, bo ludzie czekają, ja czekam, a drinki się same nie zrobią. Poza tym czasem „podbiera” nam tipsy – jakby własnej kasy było mu mało. Ogólnie w miarę sympatyczny z niego człek, tylko może nie jako szef – ale taka chyba dola szefa ;)
Na szefa to on się raczej nie nadaje ;) ale wolę pracować z nim niż z Jonathanem, szczególnie jak nie ma ludzi w barze. Bo wtedy Paschalis siedzi i gada z ludźmi a ja nie tylko roznoszę drinki, ale również je przyrządzam. I przynajmniej się nie nudzę. Często dopada go leń. I wtedy skomplikowane drinki zawsze przerzuca na kogoś innego. Albo mówi że nie ma :) Nie lubi jak się do niego mówi „Szefie”, co ja czasem wykorzystuję ;) Poza tym podobno często strzela „fochy” – ale ja tego nigdy nie doświadczyłam, może dlatego że mnie lubi i mnie oszczędza ;) A poza tym dzisiaj powiedział mi że będzie za mną tęsknił jak już wyjadę. Miło :)
Pseudonim Jaszczura, nadany nie wiem przez kogo. Nie potrafię jej za bardzo rozgryźć i jakoś się z nią zaprzyjaźnić, chociaż złych stosunków z nią nie mam. Kiedy ona jest w barze to czuję się jak inwigilowana. Ale może to tylko złudzenie ;) W każdym razie podoba mi się to, że zawsze wtedy kiedy mówiłam jej że nie mogę pracować – nie pracowałam.
Barman: Kostas
W nocy barman, w dzień – producent filmowy. To dzięki niemu wystąpiłam w reklamie euro ;) I dzięki niemu też zobaczyłam kawałek Cypru, bo zabrał mnie na parę wycieczek. Zawsze uśmiechnięty i pełen życia, chociaż tak naprawdę to życie go nie oszczędziło. Bardzo lubię z nim pracować.
Zawsze, ale to zawsze kiedy go widzę, szczególnie kiedy zaczynamy pracę i nie ma zbyt dużo roboty, Marios roluje papierosy. Zwija po kilkanaście, a potem je wypala albo sprzedaje – nie wiem dokładnie ;) w każdym razie to rolowanie będzie jednym z moich wspomnień z pracy!
Mała bomba wybuchowa. Wysysacz energii – znaczy wysysa ją z innych ludzi i wszystko przejmuje na siebie. Nie lubię z nią pracować, bo zazwyczaj pod koniec nocy, kiedy jest najwięcej pracy, ona znika niewiadomo gdzie i z kim. Pojawia się jak ja już kończę i przeprasza. Ale… zawsze jak z nią pracuję mamy duże napiwki (chociaż zaczynam wątpić w to czy to są napiwki czy po prostu niezapłacone drinki).
Polka, mieszkająca na Cyprze 3 lata. Szybka jak błyskawica :) Zawsze uśmiechnięta. Niestety za kilka tygodni zwija żagle i robi sobie małą przerwę w cypryjski, życiu, na rzecz Krety. Dzisiaj podarowała mi swój grzejniczek więc już nie powinnam marznąć :)
W naszej ekipie mamy jeszcze Evitę i Gabrielę, ale po 1: nie mam ich zdjęć, a po 2: nie pracuję z nimi zbyt często. Więc tyle wystarczy!
sobota, 5 stycznia 2008
Na rozgrzanie

A poza tym to zaczyna się "gorący" okres (no tak, żeby się rozgrzać...) Eseje, prezentacje i to co tygryski lubią najbardziej: końcowe egzaminy. Wszystkie skumulowane w ciągu 7 dni (a egzaminów mam 5). I jak wszystko dobrze pójdzie to za 2 tygodnie będę już wolna i będę mieć sporo czasu na zwiedzanie, imprezowanie i przygotowywanie pracy licencjackiej - taak, szczególnie za to ostatnie się wziąć muszę bo jakoś przez ponad 3 miesiące nie miałam na to czasu.
ps. a ta fotka to na rozgrzanie... zrobiona pod koniec grudnia ;)
ps 2: Jak nazwać posiłek jedzony po pracy (o 4.00 rano) w restauracji? Czy to jeszcze kolacja czy już śniadanie? :)
czwartek, 3 stycznia 2008
New Division
A teraz...
Teraz nie chciałabym pracować gdzie indziej. Klimat tego miejsca sprawia, że nawet o 3 rano, po bardzo ciężkim dniu, człowiek wciąż się uśmiecha. Tutaj można przyjść przebranym za księżniczkę czy motyla i nie czuć się skrępowanym. Tutaj przychodzi się zawrzeć nowe przyjaźnie (ale raczej nie można znaleźć dziewczyny/ chłopaka). Tutaj wszyscy się znają, nie wyłączając relacji obsługa - klienci. Tutaj nie trzeba nosić drinków na tacy, a czasem nawet nie jest to wskazane (szczególnie jak wszyscy tłoczą się pośrodku baru, próbując przy tym tańczyć). Tutaj wszystko toczy się w rytm puszczanej muzyki - a ta, w zależności od dja, jest różna - raz taneczna, raz bardziej refleksyjna, czasem bardzo znana, czasem tradycyjna grecka a czasem bardziej latino. Tutaj nie ma menu, klienci za to dobrze wiedzą co można zamówić. Tutaj szef nie lubi jak się do niego mówi "szefie", nawet jeżeli to jest w żartach. Trudno tutaj trafić przypadkowej osobie, bo nigdzie nie ma szyldu, a całe wejście zarośnięte jest przeróżnymi roślinami. Tutaj można przyjść w stroju piżamopodobnym, albo w wieczorowej sukience. Tutaj można przyjść i pić cały wieczór darmową wodę, przygryzając chipsami (też za darmo), szyjąc przy okazji jakieś cuda. Tutaj średnia wieku wynosi ok. 30 - 35 lat, ale spotkać można osiemnastolatków, jak i ich dziadków. Tutaj kelnerka może zostać porwana do tańca w trakcie przyjmowania zamówienia.
Takie to właśnie miejsce, ten mój bar.
wtorek, 1 stycznia 2008
Posylwestrowo!
Polskie dziewczyny - Magda, Ola i ja
Noworoczny toast - Magda i AndrzejPółnoc spędziliśmy w centrum Nikozji, oglądając fajerwerki. Ludzi było tam całkiem sporo, ale większość to imigranci – z Bangladeszu, Filipin, Pakistanu i innych azjatyckich krajów. Dla Cypruchów bowiem tradycją są rodzinne kolacje, na których wręczają sobie noworoczne prezenty. Kolacje kończą się koło 12:30 i wtedy wszyscy ludzie wybywają do klubów, barów czy na domówki.
Dostałam prezent noworoczny - osiołki ;)
W mieszkaniu byliśmy z powrotem o 1:00, czyli akurat na czas żeby jeszcze raz wznieść toast za Nowy Rok, tym razem – w Polsce, bo przecież dzieli nas godzinna różnica czasu.
No nic, teraz już uciekam bo za jakiś czas wybieramy się z ekipą sprzątającą do domu Behzada żeby pomóc mu ogarnąć posylwestrowy bałagan. A jak Wam minął Sylwester?


